Press "Enter" to skip to content

Mirosław Miniszewski Posts

20 i 21 stycznia w białostockim Teatrze Wolność odbędzie się spektakl „Syn” w reż. Karola Smacznego, na podstawie opowiadania w mojej książki „Różnia i inne opowieści ze wsi obok”.
Po spektaklu odbędzie spotkanie ze mną, w czasie którego przedstawię exposé i prolog mojej kolejnej książki pt. „Mama Fatima – Czyli tu stoję, inaczej nie mogę”, która jest moją literacką utylizacją uczestnictwa w trwającym dwa i pół roku kryzysie humanitarnym przy granicy z Białorusią. Jestem w takcie pracy nad tą książką, a także jej adaptacją na przedstawienie teatralne.
 
 

Tragedia na checkpoincie

W gminie doszło do tragedii. Jak wiadomo, w gminie stan nadzwyczajny, najpierw wyjątkowy, teraz stan dziwny – nie wolno tu przebywać, a cały obszar pilnowany jest przez funkcjonariuszy. Co kawałek chceckpoint. Sprawdzają kto wjeżdża, kto wyjeżdża. Patrzą w bagażniki, kontrolują wszystko i wszystkich. Jest tak od września. Ludziom to zbrzydło, ale większość siedzi cicho. Boją się, zresztą są przyzwyczajeni do niewoli od wieków. Stąd żaden zryw wolności nigdy nie wyszedł i nigdy nie wyjdzie.

Na naszym terenie mieszka pisowska rodzina. Ojciec działacz polityczny, bardzo zaangażowany, zawzięty – nienawistnik. Nienawidzi od 1990 roku, kiedy to skończył szkołę podstawową. Matka nienawidzi inaczej – metafizycznie. Jest aktywistką różańcową. Ma ten taki nowoczesny różaniec – bojowy, ze stalowych kulek i linki spadochronowej. Takie nosiły hiszpańskie zakonnice w czasach wojny domowej w czasach frankistowskich i potem. Za ich pomocą katowały i dusiły dzieci republikańskie w sierocińcach. Ludzie ci mają syna, lat 18. Jest to dziecko trudne, krnąbrne i gnuśne. Napatrzył się chłopiec na nienawiść w domu i w gminie. W listopadzie skończył 18 lat. Widział, jak ojciec brał jesienią udział w łapankach na uchodźców po lasach. Widział wiele, widział za dużo. W dniu urodzin postanowił zostać nihilistą. Od tamtego czasu uprawiał ów nihilizm z powodzeniem.

Kobieta, której nic w życiu nie wyszło

Dzisiaj rano do wsi obok przyjechała z Warszawy kobieta, której nic w życiu nie wyszło – do pani Wali przyjechała o świcie. Bardzo zmarnowana osoba, pomarszczona i zgarbiona, chociaż ma dopiero czterdzieści jeden lat. Cała wieś się zeszła na wiadomość, że jej nic w życiu nie wyszło. Pytali ją co jej nie wyszło. Okazało się, że nic, to znaczy wszystko – już przedszkole jej nie wychodziło, a potem było coraz gorzej. Liceum bardzo źle wyszło. Chciała zostać lekarzem i została, nawet specjalizację z chirurgii zrobiła, ale musiała zrezygnować, bo żadna operacja jej nie wyszła. Chciała malować, ale żaden obraz jej nie wyszedł. Potem zajmowała się dziennikarstwem, ale żaden tekst jej nie wyszedł, to nie umiała znaleźć pointy do żadnego. Konkluzje jej po prostu nie wychodziły. Dzieci jej też nie wyszły – trójka chłopaków, wszyscy na dożywociu w pierdlach, w tym jeden z najcięższym więzieniu na świecie w Bangkoku. W końcu przestała w ogóle wychodzić z domu.